RSS
piątek, 11 lipca 2008
Umysł na uwięzi

Jenn Ackerman, absolwentka duńskiej Szkoły Dziennikarstwa w Aarhus oraz Uniwersytetu w Ohio, zdobywa obecnie coraz większy rozgłos w cyberprzestrzeni dzięki krótkiej formie dokumentalnej, poświęconej efektom finansowego kryzysu więziennych oddziałów dla chorych psychicznie. Swoją pracę zrealizowała w Kentucky, w którego sercu znajduje się jeden z symboli amerykańskiej dumy narodowej - Fort Knox - potocznie kojarzony z technologicznym zaawansowaniem, totalnym bezpieczeństwem i niewyobrażalnym bogactwem. Kontekst raczej gorzki, gdy spoglądamy na więźniów lokalnego, karnego zakładu psychiatrycznego. Technologie  bezpieczeństwa są tutaj powszechne. Od wielkich, stalowych drzwi odgradzających na stałe chorego od społeczeństwa, w klaustrofobicznych pomieszczeniach z gigantyczną lampą neonową, rozświetlającą celę po to, aby zapobiec ewentualnym samookaleczeniom lub próbom samobójstwa, aż po doskonale uzbrojoną brygadę konwojentów, którzy ubezpieczają wchodzącego do celi lekarza, ukrywając go za potężną tarczą z grubego plexi. Kosztowne zabezpieczenia nie są jednak w stanie zapobiec panującemu tu kryzysowi, dla którego symptomatyczna jest powszechna depresja fotografowanych przez Jenn więźniów. Ich świat jest legitymizowanym przez państwo skazaniem na wieczną gehennę, bez szans na jakąkolwiek skuteczną terapię. Szaleńczy umysł miast wspinać się po długiej drabinie rehabilitacji, wpada tu w pułapkę implozji, która wydobywa zeń jedynie paranoiczne zwierze przerażone zbliżającą się, nieuchronną samozagładą. Widać to szczególnie wtedy, gdy bezlitośnie biją się pięścią po twarzy, aż do momentu, gdy wycieka z niej strumień krwi. Puste korytarze wypełniają jedynie nieludzkie jęki, a widz czuje się tak jakby oglądał współczesną inkarnację dantejskiego piekła.



Ten krótki, aczkolwiek niezwykle ostry i klimatyczny dokument, Ackerman zamieściła na autorskiej platformie In-Depth, poświęconej wizualnemu dziennikarstwu. Oparcie się na sugestywności materiału krytycznego ma w tym wypadku na celu nie tyle wskazanie problemu, w tym wypadku zasadzającego się na systemie finansowania takich placówek, co raczej zadanie pytania o powód dla którego społeczeństwo wogóle legitymizuje istnienie takich przestrzeni. W moim odczuciu jest to raczej kloaka zbiorowej pamięci, która nie chce przechowywać wspomnień o istotach na których nie da się wymierzyć sprawiedliwości, istotach pozbawionych możliwości refleksyjnego poczucia winy, będących z racji swej umysłowej niekompatybilności poza symbolicznym polem władzy.

Chciałem zwrócić uwagę blogerów na te małe arcydzieło, gdyż dzięki takim przedsięwzięciom dziennikarstwo internetowe zyskuje ten pazur, o który tak trudno było w sytuacji telewizyjno-prasowego monopolu na profesjonalne reportaże. Dzięki takim zjawiskom powoli wyłania nam się nowa sfera publicznej myśli krytycznej, w którą angażować się może każdy - dzięki nowym narzędziom i autorytetom, które wybierają medium internetowe po to, by poddać swój zasób wiedzy przepracowaniu w tym nowym środowisku. Jest to otwarcie się na ewentualne przewartościowania, jakże istotne dla tych którzy starają się grać resztkami medialnego autentyzmu. Trudno jest tu mówić o symulakrach, gdy po drugiej stronie ktoś apeluje do naszych imperatywów, powołując się na tak krzyczące obrazy. Jednak w świecie prowokacji, takich jak rzekome doprowadzenie do głodowej śmierci psa przez artystę Guillermo Vargasa, można jeszcze mówić o rzetelnej archeologii faktów, szczególnie w tak sztucznym środowisku jakim jest Internet?

Film Jenn Ackerman możecie obejrzeć tutaj.


16:43, live.dox
Link Komentarze (1) »
wtorek, 12 lutego 2008
DJe, VJe i ich NJe
Być może już wkrótce nocnym życiem klubów zawładnie nowa forma ekspresji - zasłużone figury DJa i VJa odejdą niebawem do lamusa dzięki wkroczeniu na scenę NJ-ów. NJ (News-Jockey) to poetyka dla wypalonych i przeładowanych info-brokerów, sfrustrowanych mozołem ciągłego, całodobowego przetwarzania informacji. Oto forma, która czyni bitową epifanię DJów i dynamiczny montaż VJów podległymi racjonalnej (na pozór) sferze informacji. Oznacza to tyle, że kultura samplingu opuszcza rewiry czystej zmysłowości i przenosi się w sferę komunikacji językowej, przemieniając ją, w sensie dosłownym, na powrót w ekstazę.
poniedziałek, 26 lutego 2007
Bio-Collage

BIOTEKNICA to symulacja korporacyjnego przemysłu biotechnologicznego, instytucjonalny kant, który pod przykrywką kapitalistycznie ufundowanej działalności naukowej, jest w rzeczywistości intermedialnym spektaklem. "Żywe" artefakty oraz dziesiątki zdjęć, transmisje wideo, artykuły naukowe, analizy, statystyki i wyrafinowany, biologiczny język, który nasyca realizm i akcentuje skalę przedsięwzięcia - wszystkie te media sumują się w przestrzeni symbolicznego laboratorium, będącego jednocześnie niepokojącym obrazem konsumpcjonizmu wdzierającego się w pole współczesnej medycyny i genetyki.

Projekt od dobrych kilku lat animuje dwójka kanadyjskich artystów - Shawn Bailey i Jennifer Willet. Połączyła ich wspólna fascynacja problematyką systemów biologicznych, genetyki, farmaceutyki oraz ich obustronne relacje z technologiami informatycznymi i kulturą wizualną. Ich teksty nie unikają także zaangażowanego politycznie i społecznie krytycyzmu, który w przypadku BIOTEKNICA zawiera się w trwającej od lat, obsesyjnej ewolucji projektu, w ciągłym adoptowaniu najnowszych zdobyczyw zakresie biotechnologii i technik obrazowania. Oczywiście produkowane przezeń dzieła, dodatkowo obfotografowane, przetworzone cyfrowo, animowane i modelowane, są w rzeczywistości sugestywnymi atrapami prawdziwych biologicznych artefaktów. Tak właśnie powstają "biorzeźby" - lepka i wilgotna organiczna materia, wykrojona, przeszczepiona i zmutowana, wędrująca następnie przez światy cyfrowej mikroskopii, trójwymiarowego modelunku, stereolitografi i innych technologicznych pejzaży, za pomocą których współczesna medycyna opisuje i sprzedaje nasze ciała.



Jednym z głównych obiektów zainteresowań dwójki artystów jest potworniak - typ nowotworu posiadającego niezwykłe właściwości mutagenne. Organizm ten, właściwe za każdym razem nowa i przerażająco znajoma forma życia (do lat 60-tych Kościół Katolicki przeprowadzał na usuniętych potworniakach procedurę chrztu), obudowywuje swoją strukturę rozmaitymi tkankami - wytwarza min. włosy, zęby, kości, komórki mięśniowe, rozmaite nabłonki, staje się organiczną mieszanką posiadającą jedyne w swoim rodzaju walory wizualne. To swoisty biokolaż, którego strukturę artyści budują poprzez drobiazgową kontrolę rozwoju nowotworu, za pomocą interwencji genetycznej, substancji hormonalnych i rozmaitych narzędzi medycznych. Na stronie internetowej BIOTEKNICA możemy znaleźć interaktywny generator, który w uproszczonej formie symuluje wpływ hormonów na ostateczny wygląd tkanki nowotworowej. Oferuje się nam dodatkowo możliwość zamówienia tak wyhodowanej kreatury, choć jest to wyłącznie ironiczna dygresja do "korporacyjnej estetyki" tegoż laboratorium.

Jak widać, w przedsięwzięciu tym krzyżują się rozmaite wątki i inspiracje, w których elementem centralnym staje się problem naukowości, jej pozytywistycznego mitu w późnokapitalistycznym wcieleniu. Transformacja ta niesie za sobą przełomowe konsekwencje etyczne, ale także i może przede wszystkim, zupełnie nowe spojrzenie na ludzkie ciało - jest to zatem rewolucja wizualna i na to zdają się zwracać uwagę autorzy projektu BIOTEKNICA. Symulakry naszych ciał ewoluują w środowisku gospodarki rynkowej, instancji działającej podług logiki oferenckiej, władnej zaspokić najbardziej wysublimowane gusta, te zaś jak wiadomo zmieniają się coraz szybciej. Kreowane odgórnie i oddolnie, w ciągłym, twórczym konflikcie, wyzwalają się z ograniczeń materii i ewoluują same-dla-siebie, na płaszczyznach cyfrowych ekranów.
04:13, live.dox
Link Komentarze (2) »
niedziela, 24 grudnia 2006
Zapomnieć druk


Życie w epoce informacyjnej wymaga od nas ciągłego, niekiedy heroicznego zmagania się ze wzburzonymi falami danych, domagających się szybkiej i możliwej do natychmiastowego wdrożenia interpretacji. W rezultacie kantowski rozum staje się współcześnie medialnym przekaźnikiem - człowiek buduje w pocie czoła swój własny pomost pomiędzy sferą informacji, a sferą kolektywnej wiedzy, coraz rzadziej uczestniczy zaś w samym konstytuowaniu faktów. Staje się włóknem komunikacyjnym, które przewodzi wszystko co tylko zdoła pomieścić polityka danego interfejsu; ten zaś jest z reguły zainteresowany szeroką gamą impulsów, których pozyskiwanie posłuży budowaniu strategii marketingowych czy narzędzi społecznej kontroli. W rezultacie dostarczamy informacje w sposób nieświadomy - od kliknięcia po prowadzenie blogu, reagujemy i agregujemy, a liczą się tak naprawdę nie nasze wnioski, tylko to w jaki sposób je formułujemy. Choć strukturze nadawczej Internetu daleko do znanych z analiz telewizji piramidek, to wciąż jednak da się wyróżnić pewien bardziej lub mniej wyraźny szczyt reprezentujący wąskie grono decydentów. Zcentralizowane środki masowego przekazu przenoszą swoją filozofię do rozczłonkowanego Internetu - konkurencja jest być może większa, lecz użytkownicy/konsumenci znacznie bardziej przejrzyści. Wzrasta gęstość i różnorodność cyfrowych po(d)łączeń.

Tutaj pojawia się miejsce dla sztuki internetu, która ma za zadanie nie tylko uwypuklać i zaburzać kulturowe automatyzmy zaszczepione w naszej codzienności, jak czyni to sztuka krytyczna, ale także oddawać nam do pełnej, komunikacyjnej dyspozycji nowe interfejsy i zachęcać tym samym do tworzenia własnych. Nie wolno zapominać, że kultura oparta na słowie, a kultura audiowizualna owo słowo zapośredniczająca – to dwie, zgoła odmienne kwestie. Słowo w środowisku internetu pełni odmienną rolę od tej, którą przypisywano mu dotychczas. Jego podległość wobec digitalnego reżimu powoduje, że wszelkie „fakty” od czasu do czasu błyskają w galaktyce internetu nie tworząc żadnej "humanistycznej" korelacji. Anomicznie pulsują w zgiełku ludzkich popędów i informacyjnych pływów oczekując migawkowego wyświetlenia w oknie przeglądarki. Dlatego fenomen Web 2.0, „obywatelskie dziennikarstwo”, „modularne inicjatywy” i wszelkie „nowe jakości w rozwoju elektronicznej demokracji” są częstokroć, szczególnie ilościowo, przeceniane. Dziś elektroniczne słowo jest ściśle wsparte o strukturę tekstu informatycznego. Sens przestaje mieć stabilny charakter, jest odtąd zawsze wypracowywany, wypracowywany za pośrednictwem kodu i jego każdorazowego wykonywania. Pisanie w cyberprzestrzeni wiąże się nierozłącznie z pojęciem interfejsu – bez wsparcia technologii informatycznych, zapośredniczone przez audiowizualną technologię słowo traci moc, a jego znacznie rozmywa się w swej hipertekstualnej nieistotności.



Na problem ten już w 1994 roku zwrócił uwagę w swojej pracy _readme.html Heath Buntig. Prosty, choć dobitny pomysł polegał na przeniesieniu artykułu znanego krytyka sztuki Jamesa Flinta, w przestrzeń internetu. Artykuł opowiadał o twórczości artysty, co wskazuje przy okazji na emocjonalny charakter tej interwencji. Szare, melancholijne barwy tekstu i jego tła sprawiają, że specyficzna aura tekstu znika, a wzrok odbija się od powierzchni ekranu. Każde słowo artykułu jest hiperlinkowane bezpośrednio do swego odpowiednika z rozszerzeniem "com", hipertekstualizacja jest więc jedynie pozorna i bezsensowna. Brak komentarzy, adresu e-mail czy jakiejkolwiek innej możliwości dyskusji sprawiają, że internauta ma wrażenie, że wpadł w ślepy zaułek. Artykuł rozpada się. Druk, przeszczepiony w elektroniczne środowisko Internetu, staje się nagle labilnym interfejsem, którego atrybuty wpływają w sposób bezpośredni na lekturę. Okazuje się, że słowo słowu nierówne. Różnica jest kolosalna i obfita w konsekwencje: słowo zastygnięte na kartce papieru a słowo migoczące na powierzchni ekranu - tradycja a komunikacyjna ekstaza - oto oświeceniowy racjonalizm pęka w szwach. Zwolennicy tradycji potraktują tę obserwacje jako dowód na wyższość druku, ale czy nie jest to jednocześnie głęboka wątpliwość wobec tego medium i autorytetów przezeń produkowanych? Powraca problem interfejsu, problem architektury tekstu i problem jego podłączeń - bez przestrzenno-relacyjnego myślenia o znaczeniu, a właściwie potencjale znaczenia Internetowego przekazu, korzystanie z tego medium na starych, analogowych zasadach traci jakikolwiek sens.

01:33, live.dox
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
HOPE Number Six